Siedząc w domu nie potrafię uzmysłowić sobie tego, że żyję w czasie teraźniejszym. Nie potrafię również po prostu wziąć siebie w ręce i wepchnąć na ostatnią kartkę mojego brudnopisu, który sam pisze swoją historię. Wstałam z łóżka z uczuciem kaca duchowego, podeszłam do okna, przyjrzałam się wszystkiemu dokładnie i gorzko zapłakałam. Codzień to samo, codzień w tej samej ilości, oszaleć można. Człowiek kręci się wokół jednej sprawy, która dała mu najwięcej cierpienia i kręci się, i kręci. I nie potrafi odejść. Siadłam na podłodze, rękami objęłam kolana i przytuliłam je do siebie. Zaczęłam zastanawiać się, od którego momentu mogę o sobie powiedzieć, że jestem masochistką, a do którego po prostu cierpiącą zmorą. Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Pewnie dlatego, że taka granica nigdy nie istniała, co najwyżej w mojej głowie- po to tylko, żeby się usprawiedliwić. Idiotka. Położyłam dłonie na ścianie i do dzisiaj nie potrafię określić celu tego zabiegu. Ja się wypaliłam kochanie. Ja się zwyczajnie wypalilam, jak ta szluga, która zaczyna już parzyć mnie w palce. Boli mnie każdy najmniejszy atom w ciele. Każdy neuron, synapsa, każdy dendryt i ... i coś, czego w moim ciele nie ma. Wstanę, pójdę może pod prysznic. Jeżeli nie potrafię sama usunąć tego ze swojego ciała- może woda to zmyje. Zaiste gdybym usunęła to sama- pewnie już bym nie żyła, natura bywa okrutna.
klik
sobota, 6 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

świetnie piszesz :) godne podziwu.
OdpowiedzUsuń